Miłość na Karaibach

Miłość na Karaibach

czwartek, 1 stycznia 2015

Rozdział II

            Obudziłam się bardzo wcześnie. Słońce dopiero wystawało znad horyzontu. Pamiętałam, że muszę zrobić coś. Coś, dzięki czemu wreszcie opuszczę to przeklęte miejsce! Poprawiłam suknię i ruszyłam ku wielkim drzwiom. Były zamknięte. Zaczęłam szukać po całej "celi" czegoś, czym mogłabym je otworzyć. Byłam przy tym bardzo cicha, by nie obudzić Jasmine, która jeszcze smacznie śniła. Nagle zobaczyłam coś lekko błyszczącego w rogu pomieszczenia. Podeszłam do tego. Był to jakiś zardzewiały gwóźdź lub coś podobnego. Chwyciłam przedmiot i znowu wróciłam na swoje dawne miejsce. Z włosów upiętych w poszarpany już kok wyciągnęłam wsuwkę. Zaczęłam coś grzebać w zamku, ale to nie pomagało. Rozpięte włosy stanowiące w mojej fryzurze grzywkę zaczęły opadać mi na oczy. Spróbowałam jeszcze raz. Przesunęłam wsuwkę w lewo, a gwóźdź w górę, później na opak. O dziwo to pomogło! Byłam w duszy rozbawiona tą zabawą jak mała dziewczynka, ale i czułam się w roli szpiega. Spróbowałam po cichu otworzyć drzwi, ale te, jakby na złość wydały z siebie przeraźliwy jęk. Na szczęście koleżanka się nie obudziła, a ja mogłam kontynuować akcję.
            Wyszłam z pomieszczenia. Cichutko na paluszkach przeszłam po schodach. Ku mojemu zdziwieniu przy kolejnych drzwiach czekał pirat. Spał sobie grzecznie.
- Pewnie nie usłyszał pisku drzwi. - powiedziałam do siebie. - Upity. Uh. Już czuję rum.
Skrzywiłam się nieco. Jako tako za rumem nie przepadam, wolę zacniejsze trunki. Zapewne tylko dlatego, że pochodzę z Południowej Ameryki. Tam nie uchodzi rum, tylko wino.
            Przyklęknęłam i oparłam się o ścianę. - Cóż tu zrobić? Zauważyłam na ścianie powieszoną szablę, pewno tego pirata. Po cichu zakradłam się po nią. Miałam ją! Jednak ta, spadła ze schodka czyniąc krótki brzdęk. Mężczyzna ruszył się. Zamarłam. Patrzyłam jak osłupiała na niego. Poczułam na plecach zimne ciarki. Ten jednak tylko ziewnął i znów ułożył się w poprzedniej pozycji na wielkim krześle i zasnął. Odetchnęłam z ulgą. Kamień opadł z mojego serca. W spokoju już chwyciłam tą parszywą broń i powoli skierowałam się do pirata. Nie wiedziałam jak się zachować. Miałam zamiar go zabić, ale się bałam. Nie wiem czego. Po kilku sekundach bezczynnego stania wreszcie zdecydowałam się dokonać pierwszego w moim życiu zabójstwa. Wzięłam w górę szablę i z siłą wbiłam ją w klatkę piersiową postaci siedzącej na krześle. Wszędzie pojawiła się szkarłatna ciecz. Ogarnęło mnie nagłe przerażenie, ponieważ krew pirata nie oszczędziła mojego ubrania. Po mojej twarzy ciekła czerwona maź. Nieznajomy najpierw próbował się ratować, ale nie udało mu się. Później tylko leżał bez ruchu z otwartymi oczami i ustami, z których wydobywała się ciecz. Puściłam szablę. Odsunęłam się o parę kroków.
- To już teraz. Teraz staję się mordercą. - uświadomiłam sobie.
            Pobiegłam szybko po schodkach. Zaczęłam szarpać Jasmine, by wreszcie się obudziła. Ta poprzekręcała się jeszcze i dopiero wtedy na mnie spojrzała.
- Jezu Ritta! Co żeś ty zrobiła? Czy to jest krew?! - wykrzyknęła.
- Cicho! - szepnęłam. - Mamy otwartą przepustkę do wolności! - powiedziałam optymistycznie.
- Jak to? Coś ty tu wyrabiała? - spytała dość ożywionym i pełnym niepewności głosem.
- Otworzyłam drzwi dzięki gwoździowi i mojej wsuwce z włosów i zabiłam pirata, który pilnował przejścia do ładowni. Dlatego pewnie wyglądam, jak wyglądam.


- Rozumiem. Skąd wiesz, że tam jest ładownia? - spytała mnie podchwytliwie.
- Czuję rum, a gdzie rum tam ładownia. Tego nauczył mnie ojciec. - odpowiedziałam z uśmiechem.
- Co prawda to prawda. Nieźle się spisałaś. Pierwszy krok za nami, teraz trzeba obmyślić co dalej. - Jasmine zamyśliła się na chwilkę.
- Nie martw się. W nocy obmyśliłam już plan. Jak na razie idzie jak po maśle. - rzekłam bardzo pewna siebie. - Chodź ze mną.
            Przeszłyśmy z zaniedbanego kubryku do ładowni. Zaczaiłam się przy rogu. Wychyliłam głowę. Nikogo nie było.
- Czysto. Możemy iść. - wyszeptałam do koleżanki i szybko przemknęłam się między beczki. Zielonooka zrobiła to samo.
- Czego szukamy? - spytała mnie.
- Butelki i czegoś do pisania na przykład tuszu, jakiegoś mazidła... - i tutaj przerwała mi towarzyszka - A nie nada się rum? Masz go wszędzie, a i tak wiadomo, że tusz będzie jedynie w kajucie Mirraka, a chyba tam wracać nie chcesz.
- No pewnie, że nie. Znajdź pustą butelkę, albo chociaż taką, w której nie zamoczy się materiał. A ja poszukam jakiś patyk, albo coś do pisania.
Chwilkę później miałyśmy już potrzebne przedmioty. Wróciłyśmy do kubryku. Wyjęłam spod gorsetu swoją ulubioną białą chustę. Pochyliłam się nad nią i rozprasowałam jej rogi, które były już pozaginane od wewnętrznej strony. Wzięłam patyk i zanurzyłam w alkoholu. Napisałam krótki i treściwy tekst wtem materiał zwinęłam i włożyłam do butelki. Podeszłyśmy do okna w ładowni. Po ciuchu rozbiłyśmy jej szklane części i wyrzuciłyśmy za okno naszą flaszkę z wiadomością.  Teraz było tylko czekać na pomoc.


                                                                   ******

            Tymczasem buteleczka wędrowała po morzu. Płynęła, płynęła i płynęła. Płynęła do czasu, gdy nie natrafiła na jakiś statek. Nie byle jaki statek.
            Przy sterze stała postać wypatrująca z daleka płynący przedmiot. Posłała swojego zaufanego przyjaciela, by przywiązał jeden koniec sznura do masztu. a drugi wypuścił w morze. Wtem czarnooki mężczyzna trzymając się tej oto powstałej "liny" pochwycił przedmiot i wdrapał się na pokład.
Rozbił butelkę i wyjął wiadomość. Odszedł kilka chwiejnych, w jego wykonaniu kroków i przeczytał tekst.

                        Drogi znalazco tego oto krótkiego listu!
            Pragnę poprosić Cię o pomoc. Znajduję się, wraz ze swoją koleżanką w kubryku na statku kapitana Mirraka. Jesteśmy torturowane i zaganiane do ciężkiej pracy. Prosimy o niezwłoczną pomoc! Statek kieruje się na północny-wschód, w kierunku Port Royal. Jesteśmy w wielkim niebezpieczeństwie! Błagamy! Pomóżcie!
                                                                                              Panna Margheritta Smith

Kapitan statku - Jack Sparrow od razu poznał do pismo i podpis. Była to jego dawna przyjaciółka - jego zaufany szpieg na dworze królewskim. Wszystkie informacje zatajała i ujawniała jedynie któremuś z jego kamratów.
- Gibbs! Wiesz czyja to wiadomość? - zapytał z lekkim uśmieszkiem.
- Nie wiem, ale chcę się dowiedzieć. - powiedział bardzo podekscytowany pirat.
- Gibbs. Może pamiętasz naszą kochaną pannę od czarnych interesów? Szpiegostwo, przekręty w Port Royal? - czarnooki coraz bardziej się uśmiechał powoli ukazując swoje uzębienie.
- Czyżby panienka Smith? Ta od tego pirata? To od niej?
- Tak. - odparł tajemniczo.
- Jack mów mi tu szybko, bo zaczynam się gubić. To jest od Margheritty Smith, to wiem, ale co pisze? - pytał niezadowolony pirat.
- Sam zobacz. - powiedział pijany jeszcze Sparrow podając Gibbsowi chustkę.
- Pachnie rumem. Czujesz?
- Ta. I dlatego ja pierwszy wziąłem tą wiadomość. - wyszczerzył swoje złote zęby.
Pirat przeczytawszy wiadomość oniemiał ze zdziwienia.
- Boże Święty, Jack! Musimy jej pomóc! Tyle dla nas zrobiła! - czarnooki, nie podzielał jego zapału do tej sprawy. -Pamiętasz wtedy, w Tortudze? Złapali nas, a ta dziewczyna potrafiła zakraść się do więzienia i nas uratować. Dwa razy uratowała nam skórę od szubienicy! - nawijał przejęty mężczyzna.
- Racja. Dobrze, pomożemy jej. Idź do map oznacz kierunek podróży, a ja idę sobie łyknąć. Ten zapach mnie urzekł tak mocno, że po prostu muszę wypić co najmniej buteleczkę.
            Gibbs poszedł, tak jak mu kazał kapitan, a on sam zszedł do ładowni, sięgnął po pierwszą pełną flaszkę z trunkiem i wziął parę łyków. Załagodziwszy już swoją potrzebę usiadł na skrzyni i zaczął rozpamiętywać Rittę. Pamiętał ją jako małego rozbójnika. Niebieskooka, zbliżonego do niego wzrostu. Miła dla wszystkich, powściągliwa, ale i umiejąca dobrze się zabawić. Marzył o powróceniu do czasu, gdy razem tańcowali, właśnie tutaj - w ładowni.
- Ah. Stare, dobre czasy i stare wspomnienia niedługo się odnowią. - uśmiechnął się sam do siebie. - Teraz wymyślić sprytny plan, jak ją sobie zagarnąć. - zakończył swoje rozmyślania biorąc ostatni łyk rumu i tłukąc pustą butelkę o ścianę.  

piątek, 26 grudnia 2014

Rozdział I

  Witam! Nazywam się Margheritta Smith. Jestem sławną i szanowaną osobą, pracującą na dworze królewskim, u stóp samego lorda Andrew'a - pana tego miasta. Jestem zwykłą, średniozamożną panną w wieku dwudziestu czterech lat. Mój ojciec jest piratem, za to matka prawą kobietą - również służącą na dworze lorda. W dzieciństwie, byłam uczona przez tatę wiedzy o morzu, żeglarstwie i Bogu Posejdonie, w którego do tej pory wierzę. Mama jednak, była przeciwna tym sprzecznych z jej religią nauk. Była katoliczką i kazała mi wyznawać wiarę w Boga i Jezusa Chrystusa. Nie zwątpiłam jeszcze w tej wierze, ale przygasła we mnie, ale nie tak bardzo bym się jej pozbyła na wieczność. Poza tym, matka moja, jest strażniczką prastarych map i zwojów. Jest bardzo zaczytaną kobietą. Ojciec też się spełnia w tej dziedzinie, posiada mapę całych obrzeży Morza Karaibskiego i jeszcze jedną mapę, ale nie chce nikomu zdradzić, co się na niej znajduje. Nikt o nią nie pyta, więc on milczy. Rok temu ojczulek wypłynął w morze szukać szczęścia. Najgorsze jest to, że jeszcze nie wrócił. Nie mam z nim kontaktu, brakuje mi go...
  Dzisiejszego, pięknego ranka, gdy kończyłam swój dzienny makijaż usłyszałam z kuchni niepokojąc huk. Mamy nie było w domu, ponieważ dawno temu już wyszła do pracy. Nagle usłyszałam strzał, krzyk jakiejś kobiety. Zaniepokoiłam się tym, szybko ubrałam swoje trzewiki i pobiegłam do miejsca zamieszania. Okazało się, że byli to piraci! Jeden wysoki i bardzo zarośnięty, a drugi niski i pocięty po całej twarzy. Za nimi było jeszcze troje mężczyzn, ale ich wyglądu nie zapamiętałam. Pamiętam jedynie tyle, że gdy schodziłam po schodach, ktoś jakby podszedł do mnie i uderzył czymś bardzo ciężkim w głowę. Widziałam kilka sekund podłogę i przechodzące koło mnie osoby, a później nastała nieprzenikniona ciemność i mrok...
  Otworzyłam oczy. Moje ociężałe powieki nie pozwalały mi na określenie  miejsca, w którym aktualnie się znajdowałam. Po kilku bezcelowych mrugnięciach oczami zobaczyłam wielki ciemny loch, a raczej kubryk jakiegoś statku. Przekręciłam się. Wokół mnie były kraty, uniemożliwiające mi wyjście z tej małej klitki.
- Gdzie ja jestem? - spytałam sama siebie, czując się bardzo przytępiona i nie na siłach.
  Nagle usłyszałam z zacienionego kąta pokoju jakieś szmery. Jakby kilka głosów mówiło jedną treść, tylko w innym czasie. Zbliżyłam się do krat, obejrzałam pomieszczenie, ale nikogo nie zobaczyłam. Zaczęłam wołać o pomoc. Krzyczałam ile sił w gardle. Bałam się własnego cienia. Usiadłam w dali celi, podwinęłam swoją suknię i oczekiwałam na kogoś, na swojego wybawiciela, lub kogoś, kto wyjaśni mi całą tą sytuację. Oparłam głowę na kolanach, ale nie płakałam. Byłam sama, bałam się, ale nie miałam powodu do smutku. Najgorsze, albo najlepsze czekało dopiero przede mną...
  Usłyszałam czyjeś kroki. Były to kroki, kogoś masywnego, twardo stąpającego po ziemi. Popatrzyłam w kierunku drzwi. Ujrzałam mężczyznę innego od tamtych, którzy byli w moim domu. Siedziałam cicho, skulona i przytulona do swoich nóg.
- Co panienka się tak boi? Co? Pierwszy raz widzisz pewno pirata na oczy! - rzekł starszy mężczyzna, którego kroki słyszałam chwilkę temu.
  Miał dłuższą siwą brodę, na głowie wielki kapelusz, ciemne, zniszczone ubranie i wysokie kozaki. Nie licząc licznych ran i okaleczeń, oraz tego stroju, wyglądał na zwykłego przechodnia, a raczej ulicznego biedaka i nędzarza.
- Nie, widziałam już kilku, w moim domu. - odparłam, lekko sepleniąc. - Kim pan jest i co ja tu robię?
- Oj dziewczę, ja jestem Roberts, jestem majtkiem na tym statku. Znajdujesz się na okręcie wielkiego pirata i łachudry naszych czasów, pirata Mirrrak'a. Jesteś tutaj nie przypadkiem, oj nie. To już będzie musiał wyjaśnić ci kapitan, droga panienko. Proszę wstań, ja otworzę drzwi i zaprowadzę cię do niego.
  Wstałam, otrzepałam się z kurzu i spoglądałam na pirata, który wyciągnął stare, zardzewiałe klucze z kieszeni i otworzył masywne drzwi. Wyszłam spokojnie, wtem ten, zawiązał mi ręce, ujął za ramię i prowadził. Weszliśmy po schodach, przeszliśmy przez korytarz i dotarliśmy na wprost do kajuty tego, jak go sam ozwał "łachudry naszych czasów".
- Proszę kapitanie, moja robota spełniona. - odparł starzec i wyszedł z pokoiku zostawiając mnie samą. Nagle postać stojąca plecami do mnie odwróciła się i zobaczyłam osobę mi dość znaną. Był to wielki przestępca, oszust i łajdak. Rozpoznałam go po tym, że jest wpisany w księgę Największych Przestępców, tuż po nieujarzmionym Jack'u Sparrow, którego jak na razie nikt on dwóch miesięcy na wodach nie widział.
- No no, widzę, że ojciec ma niezłą córkę, ciekawe czy tak bardzo "niezłą", by zrobiła coś, czego ojciec dotąd nie zrobił. - rzekł do mnie kapitan.
- Przepraszam bardzo, ale o co chodzi? - spytałam.
- Rozumiem. Twój ojczulek nie pochwalił się pewnie tym w domu.
- Ale o co chodzi? - spytałam, dalej nie rozumiejąc całej tej sytuacji.
- Otóż, droga pani, twój ojciec wplótł się w naszą załogę, chciał kupić od nas pewną mapę. Ustaliliśmy, że cenę odda w czystym złocie, a suma tego wynosiła - dwieście sztabek lśniącego, złotego piękna. Ale... Pan Smith jak dotąd nie pojawił się, a to mnie zaczęło bardzo denerwować.
  Zaczęłam rozumieć. To pewnie ta mapa, z którą ojciec się nie rozstawał i której treści nie chciał wyjawić.
- A cóż mam do tego ja? Przecież ojciec jeszcze żyje.
- A skąd ta pewność?! - spytał mnie bardzo podejrzliwie, po chwili kontynuował:
- Pracujesz?
- Tylko za nędzne grosze. - odpowiedziałam pewnie i groźnie.
- Gdzie, jeżeli można wiedzieć? - spytał nachylając się przy moim krześle, by lepiej usłyszeć odpowiedz.
- Na dworze lorda. - odpowiedziałam szeptem.
  Postać jakby się zdziwiła, odeszła i powróciła po chwili.
- Lord Andrew?
- Tak on.
- Yhm... - odpowiedział pirat przerywając rozmowę. Ruszył w stronę okna, przekrzywił twarz. Sięgnął po swoją manierkę z rumem, wziął kilka łyków, wtem ja spytałam:
- Ale przepraszam bardzo, dlaczego ja mam spłacać dług ojca? Nie dokończył pan odpowiedzi. - rzekłam, przy okazji próbując rozwiązać węzy na moich rękach, które coraz bardziej wbijały się w moją skórę.
- Chcę zapłaty i tyle.
- Ale co ja mam z tym zrobić? Dostaję bardzo mało pieniędzy, mam dom na utrzymaniu.
- I co mnie to obchodzi?! - wrzasnął, aż się rozkołysały butelki z gablotki obok niego.
  Przestraszyłam się. Zaczęłam siedzieć cicho, patrzyłam tylko na niego.
- Dobrze, jeżeli nie chcesz płacić, to zostaniesz w naszej załodze, tyle, ile ci Pan da żyć. - powiedział już lekko spokojnie. Podszedł do mnie z nożem, chwycił za węzeł, który do tej pory nie udało mi się rozwiązać, rozciął go i wyrzucił mnie ze swojej kajuty.
  Wylądowałam na korytarzyku, wśród niezliczonej ilości piratów, którym pewno bardzo nie podobała się moja obecność. Na początku nie wzięłam słów kapitana na poważnie, ale teraz dopiero zrozumiałam co one znaczyły - będę służyć na jego statku, aż do śmierci. Stałam jak słup przed drzwiami, ale po chwili samoistnie ruszyłam się z miejsca i próbowałam przecisnąć się przez tłum, który ruszył na posiłek. Mnie nie zaproszono do środka, zamknięto przede mną drzwi. Usiadłam przed nimi i oczekiwałam chodź na marny posiłek, kawałek mięsa, lub jakiegoś owocu. Nie doczekałam się. Usłyszałam gromki huk kapitana wołającego kamratów na pokład. Wiedziałam już co się święci, więc jak najszybciej wstałam z miejsca i wspięłam się po dość wysokich i wąskich schodach. Ujrzałam wielki, nadymany żagiel. Podeszłam do burty i spoglądałam na widoki. Były cudowne! Jak wyśnione z jakiegoś pięknego snu, jednak mój zachwyt przerwał kapitan, który nagle chwycił mnie za ramię, obrócił i wrzasnął:
- Co to panienka na wycieczkę w rejs się udała?! Nie! - wtrącił mi szmatę w ręce i krzyknął:
- Sprzątać i to raz!
  Wszystko to działo się na oczach innych piratów, którzy po tych słowach huknęli śmiechem i pogardą wobec mnie. Traktowano mnie tam jak psa! Tylko, że chociaż psu, rzucili by kości z posiłku...
- Widzicie panowie? Tak należy postępować z kobietami! - powiedział z parszywym uśmiechem do jego kamratów.
- Łajdak! Prostak! Takich jak ty dawno powinno zabrać morze, wprost do paszczy diabła! - wykrzyknęłam ze zdenerwowania.
  Podszedł do mnie z pogardliwą miną. Ja nadal byłam w pełni pewna swojej wypowiedzi i nie miałam zamiaru jej cofnąć.
- Ty paniusiu, ja cię nauczę trzymać język za zębami! - wykrzyknął i już zamachnął rękę chcąc mnie uderzyć, ale na szczęście, w tej chwili na pokład wprowadzono jakąś inną kobietę.
  Była strasznie poobijana. Miała wiele siniaków na ciele. Na jej twarzy gościły liczne zadrapania. Była w dość skromnym stroju. Prowadził ją ten sam mężczyzna, co mnie wtedy z celi.
- Zostaw ją! Ma racje! - wykrzyczała ta kobieta.
  Mirrak cofnął się ode mnie, poszedł jak burza do niej i uderzył ją w twarz tak, że biedaczka upadła. Przejęłam się jej losem, więc odrzuciłam ścierkę, którą dał mi kapitan i pobiegłam na pomoc. Uklękłam przed nią i położyłam moją zimną, zlodowaciałą dłoń na jej rozgrzanym policzku. Kapitanowi się to nie podobało, więc odrzucił mnie na drugi bok statku - w kierunku lufy.
- Przejęłaś się losem koleżanki co?! Skoro tak, to od dzisiaj razem będziecie cierpiały na tym statku i jedna będzie musiała patrzyć na cierpienie drugiej! - wrzasnął i podszedł do mnie, rzucił wśród piratów, a ci, oplątali mnie i zawiązali chustkę na oczach, bym nie wiedziała gdzie mnie prowadzą. Ostatnie spojrzenie skierowałam ku tej zielonookiej kobiecie. Później nic nie widziałam. Usłyszałam jedynie szarpaninę i otwierane przede mną drzwi. Jakiś pirat rzucił mnie na podłogę i zdjął chustkę z twarzy, wtem szybkimi krokami wrócił na pokład.
  Znajdywałam się w ten samiutkiej celi co przedtem. Nie wiem po co były te wiązania mnie i zawiązywania chust wokół oczu. Pewnie chcieli bardziej przestraszyć tamtą panią. Posiedziałam chwilkę sama, ale nagle ciężkie drzwi się otworzyły i do pomieszczenia trafiła zielonooka. Podeszłam do niej.
- Dziękuję, że wstawiłaś się za mną. - powiedziałam.
- Nie ma za co. Jesteś tu nowa, nie powinien cię aż tak źle traktować.
- Skąd o tym wiesz?
- Ze mną tak było. - wyszeptała bardzo cicho.
- A za co tu wylądowałaś? - spytałam.
- Zostałam jedyną z ocalałych osób ze statku, który pod wpływem sztormu rozbił się. Razem ze mną przeżyła moja przyjaciółka, Ally. Jest jak księżniczka, uważa się za damulkę, którą powinien przejmować się cały świat. Poromansowała z tym łajdakiem i ją oszczędził. Ja za to nie jestem taka słaba jak ona. Ja walczę w porównaniu do niej. - opowiedziała mi.
- A co się z nią stało? Gdzie ona jest?
- Mirrak stwierdził, że na statku ją zbyt naraża na niebezpieczeństwa, więc zostawił ją na Tortudze, a ona teraz pewnie tarza się w jego bogactwie i puszcza się z byle kim. Ah... A mnie tu zostawiła. Widziałam, że jak odchodziła parszywie się do mnie uśmiechnęła.
- Przykro mi. Ah! Przepraszam, nie przedstawiłam się. Nazywam się Margheritta Smith. A ty?
- Jasmine Derry. Miło mi cię poznać. - odpowiedziała w międzyczasie podając mi rękę.
  W tym czasie opowiadałyśmy sobie o naszych historiach i powodach wylądowania w tym piekle. Dowiedziałam się wtedy bardzo wielu rzeczy o Jasmine i zaczynam sądzić, że jest bardzo interesującą osobą. Jak na razie sama w sobie próbuję znaleźć rozwiązanie do mojego planu. Nie wiem jeszcze czy wypali, ale to może być jedyna okazja, by wreszcie stąd uciec! Spróbuję skombinować wszystkie potrzebne przedmioty i wprowadzę swój plan w czyn. Ciekawi mnie jednak ta mapa, za którą teraz muszę tu przebywać, ale nie żałuję tego. Poznałam bardzo fajną osóbkę i myślę, że jak najszybciej się z nią zaprzyjaźnię i uratuję. Ale teraz nastała pora snu, więc położyłyśmy się na brudnej podłodze. Ona z przemęczenia usnęła, za to ja nad nią czuwałam, aż moje powieki zaczęły robić się ciężkie i wolnym ruchem opadły, czyniąc wszędzie ciemność.


wtorek, 23 grudnia 2014

Zapowiedź nowej historii

 Witam was bardzo serdecznie na moim nowym blogu!
Bardzo miło mi was tutaj gościć.
Mam na imię Gabriela i będę prowadzić tą stronę i dodawać na niej posty odnoszące się do... No do czego?
Pewnie większość po tytule się domyśla, że będzie to kontynuacja przygód z dość znanego filmu, a raczej serii filmów - Piraci z Karaibów.
Jest to moja własna opowieść, którą mam nadzieję, że szybko polubicie. :)
Teraz przedstawię wam krótko taki jakby prolog, a raczej zapowiedź, co w wymyślonej przeze mnie historii będzie:

 
Córka sławnego Kapitana Smith'a - Margheritta Smith prowadzi beztroskie i pełne prawości życie. Jednak pewnego dnia zostaje porwana przez pewną piracką załogę pod pretekstem oddania długu jej ojca. Zdesperowana dziewczyna niemająca grosza przy duszy jest niewolnicą na statku Kapitana Mirraka. Którejś nocy wymyśla sprytny plan. Pewnego wieczoru postanowiła napisać list, który włożyła do butelki i wyrzuciła na los nurtu wody. Wiadomość dotarła do pewnego mężczyzny, pirata, a mianowicie Jacka Sparrowa, który widząc podpis dziewczyny zorientował się, że jest to jego stara przyjaciółka i zaufany szpieg. Postanowił ruszyć jej na pomoc oczekując nagrody od jej ojca za uratowanie jej, tym samym knując kolejny plan na zemstę na lordzie Andrew'ie, który posłał swoje floty na pogoń za nim, gdy dowiedział się o zaginięciu starożytnych map ze szlakiem prowadzącym do Skarbu Posejdona...

Jak na razie to tyle. :) 
Jeżeli zrozumieliście i spodobała wam się ta fabuła to zapraszam do komentowania tego postu. ;)
Jeżeli się wyrobię z pierwszym rozdziałem to jutro możliwe, że zobaczycie go na blogu. ;)
Aye! Kamraci!